Życie w Londynie zostało odwołane


Podaj dalej


Niedziela, godzina osiemnasta. Cały dzień przesiedziałam na wybetonowanym kawałku ziemi z widokiem na tył sąsiedniego budynku. Tutaj nazywa się to ogrodem i jest obiektem zazdrości.

Zrobiłam chleb i przeczytałam zaległe artykuły, z gazet które gromadziłam od stycznia. Najstarsze najciekawsze: o napływie męskich fryzjerów z Turcji, o potrzebie budowy nowych mieszkań zamiast domów. Ze świata pełnego różnych tematów.

Ciągnie mnie na miasto.

Bez wahania, bez planu i bez telefonu wsiadam na rower. Kasku mogłam równie dobrze nie brać (do centrum Londynu!), bo mijają mnie może trzy samochody. Ta sama ulica z obrotem kół staje się czystsza, zielona, bardziej zadbana, kiedy Kilburn przechodzi w Paddington i Paddington przechodzi w Camden. Jadąc rowerem na ślepo mam wreszcie czas popatrzeć, jak żyją ludzie, gdy życie zamarło.

 

Krótko i rzadko

Książka czytana w metrze, biurko w pracy, buty na siłownię powiedzą ci więcej o mieszkańcy Londynu niż ich dom. Ja sama od przyjazdu do UK pięć lat temu przeprowadziłam się siedem razy. Lokum dzieli się albo z obcymi, albo w przypływie szczęścia ze znajomymi, jak ja teraz. Można też wynająć we dwoje, ale mieszkań dwupokojowych nie ma zbyt wiele, więc ostatecznie zostaje się tą niezręczną parą która zajmuje największy pokój w dzielonym metrażu. Najczęściej ten pokój był kiedyś salonem i teraz salonu nie ma.

Mieszkania bierze się na szybko. Teraz mija rok, jak jestem w moim, trafiłam dobrze. Agentka wysłała nam wideo z telefonu kiedy jeszcze odbywała się renowacja. Żadnych tam profesjonalnych zdjęć, ogłoszenia online. Na miejscu byłyśmy następnego dnia, z samego rana. Pół godziny później wpłacałyśmy zaliczkę.

A jak długo można mieszkać ze znajomymi? Ktoś zaraz dostaje ofertę pracy gdzie indziej, ktoś się zakochał i chce spróbować we dwójkę, ktoś stracił pracę w start-upie który się nie przebił. A może właściciel mieszkania podwyższy czynsz, albo nie zechce uszczelnić okien jak obiecał w umowie.

Suma sumarum, przemieszkać ponad rok pod jednym adresem w Londynie – to jest dobry wynik.
Na starcie więc nie inwestuje się w nowe miejsce.

Nie ma po co kupować solidnych mebli czy ładnych kieliszków, jeśli trzeba będzie je sprzedać lub się z nimi przeprowadzać. Gumtree, Ebay i Shpock działają nieźle jako źródło towarów z drugiej ręki. Z tym że trzeba albo być bardzo czujnym i czekać na oferty w twojej dzielnicy które możesz odebrać na pieszo, albo liczyć się z zapłatą za Uber w drodze powrotnej – oczywiście jeśli kierowca zgodzi się przewieźć biurko czy komodę.

I w ten sposób poza plakatem, skromnym kwiatkiem, kuflem ukradzionym pewnej wesołej nocy, mieszkanie nie ma twojej osobowości. Bo i twojej osoby ma tam nie być.

W praktyce wynajmujesz pokój w hotelu w szczycie sezonu, by uczestniczyć w jednej z ogromnie popularnych imprez pod tytułem “Życie w Londynie”. Zjechał się tu na to cały świat. I nie masz chyba zamiaru siedzieć w tym hotelowym pokoju.

Zgodnie z tą logiką potrzeba ci jedynie wygodnego łóżka. I rzeczywiście, nawet w klitkach przypominających pudełka do butów łóżko musi być podwójne. Reszta się nie liczy – będziesz tu mieszkać tak krótko i rzadko, że nic innego nawet nie zauważysz.

 

Wydarzenie zostało odwołane

 

Moi znajomi mają teraz stabilną sytuację. Niczyja praca, jak na razie, nie jest zagrożona. Mogą nawet dostać od swoich firm pieniądze na monitor czy fotel biurowy, coby im było wygodniej pracować. Nikt nie ma dzieci, niczyi rodzice ani dziadkowie nie są chorzy.

Moi znajomi jednogłośnie mówią też, że niedługo oszaleją. Ich życie zostało na zewnątrz.

Ludzie przyjeżdżają do Londynu z różnych powodów, ale najczęściej do szkoły lub do pracy. Ta szkoła to nie mają być wykłady przez zooma. Ta praca to nie mordowanie jednej tabelki w Excelu przy kuchennym stole, ze słuchawkami w uszach. Pracować z domu to sobie można w każdym mieście i miasteczku. Kto szuka pracy w Londynie, szuka najlepiej prosperujących firm, bo te firmy dadzą im poczucie przynależności: do społeczności ludzi podobnie myślących, ambitnych i utalentowanych, których te firmy szukają. I dlatego ludzie jęczą, jeśli pracodawca nie pozwala im na pracę zdalną raz w tygodniu, bo mają chęć trochę pospać i zrobić pranie. Tak naprawdę czego im potrzeba to tęsknoty za biurem, przypomnienia dlaczego chcą być częścią swojej społeczności.

A poza pracą? Co piątek w biurze pada pytanie: what are you up to this weekend. I ludzie faktycznie zawsze coś robią, a jeśli cały weekend pada deszcz i nie da się niczego zorganizować, skarżą się na FOMO – fear of missing out. Włączają Netflix i zamawiają jedzenie na wynos z poczuciem winy, strachu i osamotnienia. Zwłaszcza że dziewięć na dziesięć osób nie ma tu żadnej rodziny, żadnych starych kumpli czy broń Boże zwierzaka (zabronione w umowie wynajmu – jak to w każdym hotelu).

W obecnej sytuacji ludzie czują się wycackani. Kupili drogie wejściówki na wydarzenie Życie w Londynie, które teraz jest odwołane

Do domu wrócić nie mogą, bo zamknięto im granice i anulowano loty. Należy siedzieć w swoim hotelowym pokoju. Można za friko zamówić monitor i fotel biurowy. Tylko gdzie je wstawić? Salon zajmuje jakaś para, która co noc się kłóci.

Życie na zewnątrz

Myślimy, że życie na wsi to bycie na dworze. Że we wsiach i miasteczkach panuje silne poczucie społeczności. Ale to tam łatwo ukryć się w domu i pilnować, dosłownie, własnego ogródka. Kto mieszka w małej miejscowości lub na wsi, często tylko raz w tygodniu ruszy się na zewnątrz – po zakupy. Ich sytuacja niewiele się zmieniła.

To w mieście życie toczy się na zewnątrz. Cały czas jest się poza domem – na mieście.

I cały czas nawiązuje się sieć kontaktów społecznych – bardziej lub mniej trwałych i głębokich, ale obejmujących o wiele więcej osób niż żyje w przeciętnej wsi.

Mówimy, że miasto to zgromadzenie odosobnionych jednostek. To prawda, ale to zgromadzenie jest całością niepodzielną. To są jednostki, które uwspólniły swoje życie i żyć już bez siebie nie mogą. We wsiach i miasteczkach każdy sobie rzepkę skrobie. W mieście jeden rzepkę hoduje, drugi dowozi, a trzeci skrobie i sprzedaje czwartemu.

“Nigdy już nie poproszę o pracę z domu”, napisał mój szef na firmowym czacie. Ta idealizowana ucieczka od pośpiechu i zgiełku, to wyczekiwane wysypianie się, to osławione wsłuchanie się w siebie, nadrobienie zaległych filmów, doczytanie książek, te treningi medytacji – jak bardzo wszyscy przekonaliśmy się teraz, że na nic są nam potrzebne!

Mnóstwo jest szkół filozofii, ekonomii, urbanistyki które głoszą, że przyszłość uratujemy przez ograniczenie. Mniej pracować, mniej konsumować, więcej wytwarzać samemu, cieszyć się wolnym czasem.

I tak jak godne to i sprawiedliwe, żeby co miesiąc nie latać samolotem a ubrania nosić więcej niż jeden sezon, tak slow-life jako panaceum po prostu nie przejdzie.

Wyobraź sobie rozmowę zwierząt w lesie tropikalnym. „Wiem, że wybrałaś życie w dżungli a nie na pustyni, ale dla dobra wszystkich jej mieszkańców, do końca życia każdy musi skupić się na swojej gałęzi. Tylko w ten sposób przetrwamy jako gatunek”.

Nie jest to możliwe ani w Amazonii, ani w Kongo, ani w Londynie, San Francisco, Syndey czy Tokyo. Bo to dzieje się właśnie teraz i każdy w bólu czeka, kiedy się skończy.

 

Miasto się domaga

 

Miasta rosną i będą rosnąć, od tego nie ma odwrotu. Dla środowiska to nie jest złe: miasta, zwłaszcza gęsto zaludnione metropolie, to najefektywniejszy sposób zamieszkiwania planety. Przede wszystkim, mniej metrów kwadratowych gruntu na osobę. Do tego ograniczone przemieszczanie się i związane z tym spaliny oraz zcentralizowane dostawy towarów. Na poziomie innowacji mamy wyścig o to, jak szybciej i efektywniej zadowalać potrzeby oraz wymiana wiedzę i pomysłów, w tym tych związanych z ekologią.

Gdyby ludzie skupili się w miastach, a resztę planety zostawili dla innych jej mieszkańców, Ziemia miałaby się lepiej – prawda?

Nie do końca. Jak las tropikalny konsumuje masę dwutlenku węgla, tak miasta konsumują ogromną ilość zasobów. Energii, jedzenia, transportu, materiałów. I ludzi. Miasta zagrabiają zasoby dookoła siebie, i domagają się ich ciągłego odnawiania.

Pytanie pozostaje więc: jak funkcjonować jako społeczność, jako ściśle powiązany, zależny od siebie nawzajem, żyjący ze współpracy gatunek, i nie ograbić przy tym Ziemi?

To pytanie plącze mi się po głowie, gdy o zachodzie wdycham chwilowo czyste powietrze, pedałując rozkosznie wolno i bez trzymanki. Kensington High Street jest obłędnie pusta. Tylko przed WholeFoods kilkusetmetrowa kolejka domaga się organicznych, regionalnych, etycznie pozyskiwanych produktów.

 

czekamy na komentarz,

zostaw nam chociaż jeden

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.